niedziela, 31 lipca 2011

Nie lubię dziewczyn

Nie lubię dziewczyn. Lubię z nimi sypiać, lubię na nie patrzeć, czasem nawet porozmawiać, ale ogólnie odstraszają mnie. Z wielu powodów. Nie jestem w stanie wszystkich wymienić. Jest ich naprawdę dużo, cała masa okropnych kobiecych cech. Ta wrażliwość, to przesadne ciepło... aż przechodzą mnie ciarki, gdy o tym pomyślę. A na domiar złego nie lubią piłki nożnej, czystej wódki, siłowni i seksu bez zobowiązań.
Jednak najgorszą, najbardziej złoszczącą mnie przypadłością płci pięknej, jest zamiłowanie do prowokacji.

Zapytacie, skąd u mnie taki pogląd? Opowiem historie z mojego życia. Zdarzenie, które przedstawię, miało miejsce zanim rozpocząłem studia na znienawidzonym przeze mnie bibliotekoznawstwie. Było jednym z epizodów, który miał wpływ na moją decyzję, co do wyboru owego kierunku.

Był lipiec, może sierpień, na pewno lato. Pamiętam, że do godziny piętnastej można było oszaleć od upału. Ponad trzydzieści stopni. Cóż, efekt cieplarniany.

Miałem wtedy siedemnaście lat i były to moje ostatnie wakacje, jako ucznia technikum samochodowego. Niezwykle trudny okres. Mieszkałem na blokowisku z wielkiej płyty, w niedużym miasteczku. Może trzydzieści tysięcy mieszkańców, może trochę więcej. Wiecie, jak trudno jest w takim miejscu chłopakowi z technikum. Sami magistrowie wszelkich filologii, politologowie, filozofowie i socjologowie. Mój ojciec porządny robotnik, matka ekspedientka w sklepie spożywczym. Było ciężko. Ile to nocy nie przespałem, kiedy oni, piętro nad nami, robili te zjazdy literackie i zakrapiane imprezy intelektualne. Moja młodsza siostra bała się wyjść z psem na dwór, aby nie napotkać na klatce jakiegoś pijanego psychologa. Oni zawsze zaczepiają małe dziewczynki. Te okrutne psychoanalityczne żarty. I ci narąbani antropologowie analizujący nasze pochodzenie. Matka zamykała okno, nawet jak było gorąco.
Sąsiad z naszego piętra był doktorem politologii. Specjalizował się w polityce państw Ameryki Południowej. Wieczorami wychodził z żoną na balkon i prowadzili długie dyskusje. Matka nie mogła tego słuchać. Zatrzaskiwała okna i płakała. Ojciec się bał. Nigdy nie naraziłby się na przytyki tych recydywistów.

Jednak najgorszy był pewien profesor filozofii. Mieszkał dwa bloki dalej. I może nawet nie byłby taki straszny, gdyby nie jego syn. To Jan Radziwiłł był problemem. On i jego koledzy.
Banda inteligenckiej młodzieży.

Wracając do tematu, o którym wspomniałem na początku. Kobiety... Sandrę znałem od zawsze. Mieszkała na lepszym osiedlu. Jej ojciec był właścicielem mięsnego, matka nawet nie skończyła zawodówki. Wspaniała rodzina. Kiedy ją poznałem, było mi wstyd. Zwłaszcza rodziców. Oboje posiadali średnie wykształcenie. Wiedziałem, że ja, żyjąc w tym środowisku, będę zmuszony do powielenia ich błędu. Jednak ona była cudowna. Nie przejmowała się moimi wadami. Dzięki niej przestałem się bać chodzić w dresach, słuchać techno i zacząłem unikać biblioteki. Pomogła mi wyjść z tego bagna, w jakie wciągnęło mnie środowisko. Myślałem, że ją kocham.

Zaczęliśmy się spotykać. Pasowaliśmy do siebie. Aż przyszedł ten pamiętny dzień.
Po południu staliśmy przed klatką schodową. Moja klatka była w miarę bezpieczna. Większość mieszkańców miała małe dzieci albo dorosłe, które się wyprowadziły. Nie kręcił się tam żaden młodociany intelektualista.

Niestety Jan Radziwiłł uważał, że całe osiedle jest jego własnością. Zobaczyłem ich z daleka. Sześciu przyszłych doktorów. Glany, trampki, żadnych jaskrawych kolorów. Wyśmiewali się z ludzi w dresach. To było przykre. Poprosiłem Sandrę, aby się nie bała i zachowała spokój. Zmierzyła mnie wzrokiem. To była zła wróżba. Skąd mogłem wiedzieć? To była moja pierwsza dziewczyna. Zbliżyli się.

Słyszałem, jak głośno rozmawiają. Debatowali nad filozofią osiemnastowiecznej Europy. Starałem się nie słuchać. Zauważyli nas. Jan uśmiechnął się i podszedł.
- Masz jakąś książkę? - zapytał prowokująco.
- Sory, nie czytam - odpowiedziałem najbardziej ulegle jak potrafiłem. Zerknąłem kątem oka na dziewczynę, drżała.
- To się naucz - parsknęli śmiechem.
"Hołota", pomyślałem. Mieli już odejść, zadowoleni z poniżenia słabszego, kiedy stało się coś nieoczekiwanego.
- Goń się cioto - zawołała Sandra.
Zamarłem. Odwrócili się.
- Pozwolisz sobie na taką potwarz? Janie, to troglodyci, zniszcz ich - judził jeden z chłopaków.
- Sory nie chcieliśmy. Dajcie nam spokój - starałem się załagodzić sytuację. Wiedziałem jednak, że jest za późno.
- Zapłacicie za ten brak szacunku dla istot przewyższających was intelektualnie o lata świetlne. - Stracił nad sobą panowanie.
Sandra wyzwała go jeszcze kilka razy. Niestety było już po wszystkim. Cała banda wpadła w szał. Zaczęli przytaczać najstraszliwsze metafory.
Wśród nich był początkujący poeta, dość powiedzieć, że obecnie znany już w całej Polsce i traktowany jak gwiazda. On był najgorszy. Zresztą wszyscy byli bezlitośni. Zasypywali nas cytatami z prozy, poezji i traktatów filozoficznych. Dzięki Bogu, nie przeszli do wnioskowania logicznego.
Sandra zdołała uciec. Biegnąc, płakała i krzyczała, że jestem tchórzem. Nie przejmowałem się tym. Teraz dbałem tylko o swój umysł. Klęczałem zasłaniając uszy. Nie wiem, ile to trwało. Zemdlałem. Kiedy się ocknąłem, było już ciemno. Strasznie bolała mnie głowa. Wstałem i otrzepałem się z kurzu.

Już nic nie było takie, jak przedtem. Co się zmieniło? Złamali mnie. Nigdy więcej nie założyłem dresu, ani adidasów. Wpadłem w złe towarzystwo. Zacząłem czytać. Nie tylko beletrystkę, ale też poezję, a w końcu także filozofię. Rodzice musieli się z tym pogodzić. Wreszcie skończyłem filologię polską. Robię teraz doktorat i kończę bibliotekoznawstwo. Pewnie zostanę na uczelni.

*

Sandry nie widziałem od wieków. Mam do niej ogromny żal. Kto wie, jak by się potoczyło moje życie, gdyby nie ten incydent. Teraz pozostało już tylko gdybanie. Jestem stracony.

środa, 22 grudnia 2010

Upiorny Polak

    Grzesiek słuchając wyrzutów szefa, starał się myśleć o czymś bardziej nieprzyjemnym. Większość ludzi w takich chwilach robi odwrotnie – skupiają się na pozytywnych wydarzeniach. Jednak on był inny. Poza tym nie należał do większości ludzi, właściwie dawno już przestał być człowiekiem. W chwili, gdy Dariusz Rogowiecki robił mu wykład na temat zwiększenia produkcji i w nadspodziewanie nieskuteczny sposób starał się go zmotywować do wydajniejszej pracy, Grzesiek wspominał. Bez wątpienia najgorszym wydarzeniem ostatnich pięciu lat było kolejne przebudzenie w trumnie. Zdarzyło się to po raz trzeci i było tak samo okropnie, jak poprzednio. Nim umarł, nie oszczędzał swojego organizmu, pił na umór, próbował też innych środków odbierających świadomość, był kilkakrotnie ranny – raz prawie stracił nogę, gdy wdało się zakażenie.
    Potrafił więc doskonale porównać przebudzenie w trumnie do wielu nieprzyjemnych życiowych sytuacji. Gdy po raz pierwszy ocknął się dwa metry pod ziemią w drewnianej skrzyni zbitej z lichych desek, myślał, że głowa mu eksploduje. Czuł przeraźliwe pragnienie, a jednocześnie był pewien, że gdyby przełknął choćby łyk wody, po chwili zwróciłby całą treść żołądka. Poza tym zdał sobie szybko sprawę, z tego co się stało i gdzie się znajduje. Wspomnienie śmierci pojawiało się niemal w chwili przebudzenia. Tak było za każdym razem. Wydawałoby się logiczne, gdyby w jakiś sposób przyzwyczaił się do tej sytuacji, jednak nie było na to szans. Grzesiek wiedział doskonale, dlaczego tak się dzieje. Dostał karę, a właściwie szansę odpokutowania za grzechy. Niestety nie było to proste dla człowieka o krnąbrnej, nieznoszącej sprzeciwu naturze.
Spojrzał z ukosa na szefa i potakująco kiwnął głową.
- Obiecuję panie dyrektorze, że poprawię wydajność i zastosuję się do pana rad – wydukał beznamiętnie. Rogowiecki uważnie przyglądał się swojemu rosłemu pracownikowi, wreszcie westchnął i odparł:
- Jakoś wam nie wierzę, Tomaszewski, jakoś wam nie wierzę. No, ale dobrze, dostaniecie szansę. A teraz niech pan wraca do pracy i zapamiętajcie, że ma pan umowę na zlecenia – pouczył pracownika.
Co za palant – myślał Grzesiek. – Gdybym tylko mógł znaleźć normalną pracę, gdybym tylko miał porządnie podrobione dokumenty, dostałby mocnego kopa w tyłek i więcej nie musiałbym oglądać tej nieogolonej gęby. Wychodząc spostrzegł na korytarzu Natalię, która uśmiechnęła się półgębkiem.
    Była to jedyna mu życzliwa osoba w przedsiębiorstwie. Grzesiek nie szukał przyjaciół, był zamknięty w sobie i unikał towarzystwa. Przyzwyczaił się, że ludzie pojawiają się i odchodzą, a on wciąż trwa niezmiennie. Nie był z tego powodu szczęśliwy, ale miał większe problemy, takie jak odpokutowanie swoich zbrodni, by wreszcie móc odejść w spokoju. Natalia po prostu go lubiła. Nie wiedział za co, ale to było przyjemne. Któregoś dnia, ni stąd ni zowąd, spróbowała rozpocząć rozmowę. Odpowiedział oschle, ale jak się okazało nie zraziła się specjalnie. Z czasem przestał być obcesowy i chłodny wobec tej trzydziestokilkuletniej blondynki, a nawet starał się być miły. Jednak kiedy zapytała czy pójdzie z nią na kawę, (pierwszy raz w życiu to kobieta proponowała mu coś podobnego) odmówił. Poczuł, że być może dziewczyna oczekuje czegoś więcej od tej znajomości. Nie mógł dać jej niczego poza smutkiem i żalem. Natalia jednak próbowała nadal. Teraz odpowiedział uśmiechem.
    Weszła do gabinetu szefa, a on, zamiast wrócić na salę produkcyjną, zatrzymał się. Jakaś diabelska ciekawość kazała mu cofnąć się i przez chwilę posłuchać, co Rogowiecki ma dziewczynie do powiedzenia. Nieraz przez tę namiętność miał kłopoty, a ostatecznie przez nią właśnie zakończył swój żywot.
    Wiele lat temu z wielką radością wybrał się obejrzeć zgilotynowanie Roberta, dawnego kompana, którego sprzedał za sto luidorów. Niestety Robert w drodze na szafot dostrzegł polskiego druha i wskazał go, ku uciesze paryskiego prokuratora. Grzegorz, w odróżnieniu od dawnego przyjaciela, nie miał szansy stracić głowy. Jednym ze strażników okazał się ojciec dziewczyny, którą Polak brutalnie zgwałcił i zamordował, właściwie dla własnej zwierzęcej satysfakcji. Śliczna nastolatka była biedna jak mysz kościelna i gdyby wiedział jak wielkie będzie to miało konsekwencje, nie tknąłby jej palcem, a nawet wyprowadził z niebezpiecznej dzielnicy, w której przypadkiem zabłądziła. Ojciec dziewczyny nie zamierzał czekać na publiczną egzekucję, postanowił sam dokonać zemsty. Udusił Grzegorza konopnym sznurem. Polak miał pecha, a może szczęście, że z niewiadomych powodów otrzymał szansę odpokutowania za grzechy, niestety nie potrafił być dobrym człowiekiem.
    Teraz, zamiast jak przystało na uczciwego pracownika wrócić do swoich obowiązków, stał pod drzwiami szefa i bezczelnie podsłuchiwał. Słuch miał rewelacyjny jeszcze za życia, a po śmierci jego zmysły wyostrzyły się znacząco. 
    Natalia usiadła, Rogowiecki wstał z krzesła i krążył po gabinecie nic nie mówiąc. Wreszcie odezwał się jakimś nienaturalnie słodkim głosem. Na ustach Grześka pojawił się uśmiech – nigdy nie słyszał, aby ten człowiek nawet udawał grzeczność.
- Droga Natalio, wiesz dlaczego cię tu zaprosiłem?
Grzesiek nie usłyszał odpowiedzi, być może kiwnęła głową, a może nie mówiła nic.
- Chciałbym z tobą szczerze porozmawiać – Rogowiecki kontynuował jeszcze cieplejszym tonem niż poprzednio. – Uważam, że jesteś wspaniałym pracownikiem.
- Dziękuję panu – odparła niepewnie.
Rogowiecki zachichotał głośno.
- Natalia, to ja też mam się zwracać do ciebie per pani? Mów mi Darek, tak mam na imię. No, uśmiechnij się – zachęcał. – O, tak lepiej. Jak mówiłem, jesteś wspaniałym pracownikiem, ale też wspaniałą kobietą. Wiesz? – Westchnął głośno. – Szkoda, że moja żona nie jest taka jak ty. Aż dziwne, że taka kobieta jest sama. Bo jesteś sama, prawda? – ostatnie zdanie wypowiedział tonem, który Grzesiek znał już świetnie – był to ton nieznoszący sprzeciwu.
- Wie pan co? – zaczęła niepewnie.
- Nie pan, umawialiśmy się – przerwał jej głośno się śmiejąc.
- Wiesz Darku, muszę chyba iść do toalety, dzięki za miłe słowa.
- Chyba? – zapytał z rozbawieniem. – To nie jesteś pewna?
- Jestem, muszę iść – odparła nerwowo.
- Pewnie, leć, tylko zaczekaj jeszcze chwilkę – mam propozycję nie do odrzucenia – wyraźnie zaakcentował ostatnie słowa. – Zabieram cię na kawę. Co ty na to?
Grzesiek nie usłyszał odpowiedzi. Gdy usłyszał szuranie krzesła, odskoczył szybko od drzwi i wybiegł z korytarza najciszej jak potrafił. Mimo ogromnej postury potrafił się skradać jak kot. Dzięki tej umiejętności wielu ludzi straciło życie bardzo niespodziewanie. Jednak to, co zdążył usłyszeć, doprowadziło go do pasji. Wcześniej zaledwie gardził swoim szefem, teraz czuł nienawiść. Wiedział, że to nie pomoże w osiągnięciu odkupienia, ale teraz nie miał ochoty kalkulować. Był wściekły. Ten buc Rogowiecki dobierał się do osoby, która potrafiła sprawić, by Grzesiek się uśmiechnął. Nie w chwili triumfu, nie z pogardą, lecz z czułością i ciepłem, którego odrobina wciąż jeszcze w nim była.
 
***
    Z samochodu przyglądał się drzwiom fabryki, większość osób już wyszła, nawet Rogowiecki, a Natalii jeszcze nie widział. Nie martwił się, ani nie złościł. Był cierpliwy i spokojny – tego nauczyło go doświadczenie. Nieraz siedział godzinami w lesie, nie robiąc sobie wiele z przenikliwego chłodu, czatując na dyliżans pocztowy, który wraz z kompanami miał obrabować. Czekanie w ciepłym samochodzie nie stanowiło wielkiej niedogodności. Wreszcie wyszła. Owinięta długim wełnianym szalikiem, w starym beżowym płaszczu, maszerowała w stronę bramy. Wyskoczył z samochodu i nim zdążyła się zorientować zastąpił jej drogę. Spojrzała nieśmiało w spokojne, pewne oczy Grześka i uśmiechnęła się ciepło.
- Idziesz na autobus? – zapytał.
- Tak, jakoś muszę wrócić do domu, pieszo nie dam rady – zażartowała.
- Odwiozę cię – zaproponował bez cienia nacisku.
- No nie wiem. Nie chcę ci robić problemu.
- Nie ma sprawy, mi się nie śpieszy – odparł wesoło. – Od czego są znajomi z pracy?
- Skoro nalegasz. – Kiwnęła głową.
Jechali przez opustoszałe ulice przedmieść. Natalia nie powinna tędy podróżować sama, zwłaszcza autobusem – przemknęło przez myśl Grześkowi. Świat się zmienia, ale zbójnicy nadal kochają ciemne uliczki.
- Proponowałaś mi kiedyś wspólną kawę, śpieszysz się do domu? – zapytał.
- No wiesz, właściwie to nie wiem.
- Ktoś na ciebie czeka?
- Nie, nikt – zaprzeczyła nerwowo.
- To zapraszam cię do pubu.
Zerknęła ukradkiem na jego opanowaną twarz.
- Właściwie dziś jest piątek, możemy iść na chwilkę. Niedaleko mojego bloku jest przyjemne miejsce.
W „Tawernie” było dość pusto. Spotykali się tu głównie ludzie z okolicy, toteż rzadko panował weekendowy gwar. Przy dwóch stolikach siedziało kilka osób, trzech kumpli piło przy barze. Toczyli jakiś spór z barmanem, którego najwyraźniej dobrze znali, bo mimo pozornie agresywnego języka widać było, że nikt nie bierze gróźb serio. Przyjaciele z pracy zajęli stolik w głębi sali. Zamówili piwo i kawę. Grzesiek jako kierowca nie chciał pić alkoholu, mimo, że nie stanowił dla niego żadnego problemu. Nieumarli mieli ogromną odporność na tego typu używki, jednak wolał sprawiać pozory. Zależało mu, aby Natalia nie potraktowała go jako kogoś lekkomyślnego.                                                                                                                                                 Pili powoli i rozmawiali. Grzesiek nie mówił wiele o sobie, ale Natalia opowiadała chętnie. Była trzydziestoczteroletnią rozwódką po dwuletnim małżeństwie. Nie miała dzieci, a w Szczecinie była zupełnie sama. Jak się okazało, wyjechała z rodzinnego Gorzowa za swoim mężem, znalazła tu pracę, a po rozwodzie nie chciała wracać. Rodzina źle wróżyła jej małżeństwu, toteż Natalia liczyła się z tym, że wszyscy będą jej to wypominać. Poza tym związała się z miastem, nie myślała o zmianie pracy, była umiarkowanie zadowolona z obecnego stanu.
- Ten Rogowiecki to palant – Grzesiek wreszcie przeszedł do sedna.
Cały czas czekał na okazję, aż będzie mógł podjąć temat, który interesował go szczególnie. Natalia kończyła piwo i była na tyle rozluźniona, że mógł rozpocząć krępujący – jak mniemał – wątek.
- To prawda, nie jest zbyt przyjemnym człowiekiem. Taka natura, chyba nigdy się nie zmieni.
- Tak sądzisz? – zaciekawił się wyraźnie.
- Wiesz, pracuję w firmie już piąty rok, on był taki od zawsze. Słyszałam, że za komuny pracował dla SB, ale nikt tego nie mówi głośno.
- To by wyjaśniało sposób, w jaki prowadzi rozmowy. Znam się na takich manipulatorach.
- Tak? Miałeś do czynienia ze służbami?
- Nie, no co ty – skłamał.
Żył wystarczająco długo, a że nie należał do spokojnych ludzi, miewał kontakty z władzami poprzedniego systemu. Zaliczył przygodę w opozycji i wtedy to miał przyjemność rozmawiać z agentami bezpieki, jednak nie byli wstanie go zastraszyć – w końcu i tak był martwy.
- Podobno zwolnił już jedną dziewczynę, bo nie chciała się z nim przespać.
Grzesiek nie dał po sobie poznać, że ta wiadomość rozpaliła w nim gniew. Czuł odrazę wobec takich ludzi, zwłaszcza, że nim umarł zdarzało mu się pracować dla podobnych kreatur.
- A tobie coś proponował? Straszył cię, groził? – zapytał.
Natalia zaśmiała się nerwowo.
- Nie, no co ty, już ja bym mu powiedziała co o nim myślę. Nie boję się takich frajerów jak on – zakończyła buńczucznie.
Grzesiek uśmiechnął się na te słowa, gdyż przypomniał sobie rozmowę, którą podsłuchał. Natalia była bezradna wobec tego obrzydliwego, pewnego siebie szubrawca. Rogowiecki doskonale znał się na ludziach, jednak nie lepiej niż on. Były agent miał pecha, że zatrudnił kogoś dużo straszniejszego, niż najgorsi oprawcy Esbecji; upiora, który narodził się ze zbrodniarza nieznającego litości i współczucia.
    Stojąc przed drzwiami Natalii dostrzegł jej jednoznaczne spojrzenie. Widział je wcześniej u wielu kobiet – chciała go zaprosić do domu, lecz brakowało jej słów. Nie wiedziała, jak ma zaproponować wspólną noc mężczyźnie, którego pragnęła, nie narażając się na śmieszność. Cieszyło go to, bo nie chciał odmawiać. Jednak kiedy już się pożegnali, a Grzesiek miał się odwrócić, aby odejść, pocałowała go w policzek. Ukłonił się jeszcze raz i zbiegł po schodach. Zapiekł go ten pocałunek, gdyż w jakiś sposób uświadomił mu, jaką bierze na siebie odpowiedzialność, spoufalając się z tą kobietą. Ryzykował, że skrzywdzi wrażliwą dziewczynę, że będzie sprawcą kolejnego zawodu.
    Nim wsiadł do samochodu, by wrócić do swojej ciasnej kawalerki, zaświtała mu w głowie pewna myśl. Przecież mógł coś dla niej zrobić, mógł zrobić także coś dla siebie – spełnić dobry uczynek, który zbliży go do odkupienia win. Zajmie się Rogowieckim – porozmawia z dyrektorem i przekona go, aby zmienił swoje postępowanie. Ten pomysł był tak pozytywny, że Grzesiek postanowił cofnąć się do „Tawerny”, by uczcić to wypiciem kilku piw. Wlewał w siebie kolejne kufle i wyobrażał sobie minę Rogowieckiego, kiedy powie co o nim myśli. Dawny oprawca poczuje się jak ofiara, gdy Grzesiek użyje bagnetu, aby nadać powagi słowom, które wypowie. Znów czuł się Grzegorzem Szydłowiczem, znanym też jako Krwawy Grzegorz lub Upiorny Polak.
 
***
    Grzegorz zgłosił kierownikowi zmiany, że musi zrobić przerwę i ruszył zdecydowanym krokiem w stronę gabinetu szefa. Pod roboczym kombinezonem ukrywał długi niemiecki bagnet, pamiętający pierwszą wojnę światową. Miał zamiar krótko i brutalnie przemówić Rogowieckiemu do rozumu i był pewien, że później będzie mógł spokojnie wrócić do pracy. Kiedy wszedł na korytarz prowadzący do pokoju dyrektora, stanął jak wryty. Wpadła na niego Natalia, niemal nieprzytomna z przerażenia. Miała wygniecione ubranie i twarz mokrą od łez. Przytrzymał ją przez moment, a ona wciąż poprawiała bluzkę i spódnicę.
- Natalia, proszę, uspokój się. Co się stało? – zapytał spokojnym tonem. Płonął z gniewu, ale nie chciał jej tego pokazać. I tak była wystarczająco zdenerwowana.
- Ten bydlak, ta świnia… Próbował mnie zgwałcić – wyszeptała płacząc.
Grzesiek skamieniał, jego mięśnie napięły się do granic możliwości.
- Natalia, spokojnie, opowiedz dokładnie – poprosił.
Dziewczyna, chlipiąc co chwila, streściła mu zdarzenie, które doprowadziło ją do takiego stanu. Rogowiecki wezwał ją do siebie i od początku, bez żadnych ogródek powiedział, czego od niej oczekuje. Chciał, aby została jego kochanką, powiedział, że jeśli się zgodzi nie pożałuje, ale jeśli będzie oponować, zniszczy ją, a on i tak dostanie to, czego chce. Kiedy mu się sprzeciwiła, zabrał się za spełnianie groźby. Szarpała się, biła go pięściami, a on tylko się śmiał, wreszcie puścił ją i ostrzegł, że jeszcze się nią zajmie.
- Porozmawiam z nim. Załatwię tego gnoja – warknął Grzesiek.
- Nie, proszę, jest zbyt niebezpieczny. Zwolni cię, a ja zostanę tu sama.
- Nie bój się, mam swoje sposoby – skwitował chłodno i odsunął ją od siebie. – Idź do łazienki, obmyj się, popraw makijaż. Rogowiecki nie sprawi ci więcej kłopotu.
    Otworzył drzwi niemal z trzaskiem i zmierzył szefa piorunującym wzrokiem. Rogowiecki zaś siedział wygodnie z błogim uśmiechem na twarzy. Nie zareagował na wkroczenie podwładnego. Zapytał tylko:
- Co się stało Tomaszewski? Może minęliście się z Natalią?
Grzesiek podszedł do biurka i rąbnął pięścią z całych sił w blat. Laptop szefa podskoczył, a kubek, na szczęście już pusty, przewrócił się z brzękiem. Rogowiecki podniósł brwi ze zdziwieniem.
- Opanuj się, bo skończymy tę rozmowę zanim się zacznie. Nie będę tolerował waszego chamstwa, Tomaszewski. Mów, co masz do powiedzenia i wynoś się stąd, póki mam dobry nastrój – ostrzegł chłodno.
- Słuchaj gnoju. – Grzesiek nachylił się nad szefem. – Pożałujesz za to, co zrobiłeś Natalii.
Rogowiecki wybuchnął śmiechem.
- Ale przecież ja jej nic nie zrobiłem.
- Nie łżyj bydlaku.
- Jeszcze jej nic nie zrobiłem, ale zrobię. A ty zachowaj umiar, bo kończy się moja cierpliwość. Zważajcie na słowa, Tomaszewski – ostrzegł groźnym tonem.
- Koniec zabawy – syknął Grzesiek i błyskawicznie wyciągnął zza pazuchy ostry bagnet, przystawiając go do gardła dyrektora. – Słuchaj mnie uważnie, to nie żarty! Jeśli tkniesz jeszcze raz Natalię, jeśli powiesz coś niestosownego, nawet krzywo na nią spojrzysz, a ja się o tym dowiem, a bądź pewny, że się dowiem, to wypatroszę cię jak świniaka. Mam doświadczenie w patroszeniu.
Przez cały monolog Grześka, Rogowiecki nawet nie drgnął. Kiedy Tomaszewski zakończył groźbę, dyrektor tylko się uśmiechnął i powoli odsunął palcem nóż, uważając, aby się nie skaleczyć.
- Wiecie Tomaszewski, zaimponowaliście mi – mówił spokojnie. – Masz jaja, że mi tak grozisz, to była niezła próba. I wiesz co? Nie zwolnię cię, dam ci szansę. Ba! Może nawet dostaniesz awans. Lubię zdecydowanych ludzi. Ale nie myśl, że mnie wystraszyłeś.
Grzesiek nie potrafił ukryć zdziwienia malującego się na swojej twarzy.
- A tak, Grzegorzu, nie boję się ciebie i dodam jeszcze, żebyśmy się dobrze zrozumieli, że jeśli mnie tkniesz, to czeka cię coś bardzo nieprzyjemnego, ale to, co spotka Natalię, będzie nieporównywalne. Mam niezłe znajomości… Wiesz, nie zawsze byłem dyrektorem. Przy ludziach, których mam na myśli, jesteś zaledwie szkolnym chuliganem z pistoletem na wodę. Rozumiesz?
Grzegorz już był spokojny, zrozumiał wszystko, więc kiwnął głową w milczeniu.
- Świetnie. – Szef wyraźnie się ucieszył. – A twoja, znaczy nasza, Natalia będzie jeszcze w tym tygodniu klęczała w tym gabinecie przede mną, wiesz co mam na myśli? – Zachichotał złowieszczo.
- Wiem – Grzesiek mówił chłodno, niemal bez emocji. – Rozumiem też, że twoje groźby są poważne i realne, dlatego nie pozostaje mi nic innego, niż zabić cię teraz, tu w gabinecie i wziąć na siebie konsekwencje tego, co się stanie. Twoje bandziory nie są wstanie nic mi zrobić, o czym się zaraz przekonasz, ale nie mogę ryzykować skrzywdzenia Natalii.
- Co ty opowiadasz? Oszalałeś! – wrzasnął Rogowiecki. W tym samym momencie raptownie odskoczył cofając się pod okno. – Myślisz, że tak po prostu dam się zabić? Mam przeszkolenie milicyjne, łamałem takim osiłkom jak ty palce na przesłuchaniach.
Grzesiek tylko kiwnął głową i ruszył w stronę dyrektora. Ten, niewiele myśląc, chwycił za oparcie krzesła i nadspodziewanie szybko zamachnął się na napastnika. Upiór, jakby od niechcenia, zasłonił się lewą ręką, łapiąc za podstawkę mebla. Plastikowy stojak, na którym znajdowało się siedzisko, strzelił pod wpływem ogromnej siły i popękał na kawałki. Rogowiecki zadał cios, ale Grzesiek chwycił jego pięść i wtedy dyrektor zrozumiał z kim ma do czynienia.
    Uścisk był żelazny i zimny. Jakby włożył dłoń w stalowe imadło – z każdą chwilą nacisk na kości ręki wzrastał. Mężczyzna padł na kolana i przeraźliwie zawył, ale niemal błyskawicznie druga dłoń Grześka zakneblowała mu usta. Łzy ciekły z oczu dyrektora, gdy czuł jak jego pięść zmienia się w krwawą miazgę. Zaczął wierzgać nogami, ale Grzesiek przysiadł na nim tak skutecznie, że Rogowiecki nie mógł się prawie poruszyć. Tomaszewski nie kłamał, potrafił sprawić człowieka jak świnię w rzeźni. Na jego twarzy nie było zmęczenia, współczucia; żadnych emocji, może poza odrobiną zadowolenia. Była to radość płynąca z dawno niewykonywanej pracy, możliwości sprawdzenia czy stare umiejętności nie zanikły.
    Upiór spokojnie patrzył jak gaśnie blask w oczach dyrektora, gdy miażdżył powoli jego gardło. Mógł go zabić w kilka sekund, ale nie chciał dawać mu tej łaski – Rogowiecki musiał zapłacić za swoje winy. Gdy skończył, wstał i ze smutkiem spojrzał na swoje dzieło. W tej chwili zdał sobie sprawę, że dodał kolejną ofiarę do długiej listy, którą się kiedyś szczycił, a która teraz była piętnem i brzemieniem. Cóż, jeśli tym czynem nie zrobił kroku ku zbawieniu, to przynajmniej uratował Natalię.
    Spokojnie wszedł na parapet i spojrzał dziesięć metrów w dół na betonowy plac. Rozglądał się uważnie, aż krótka barierka nie zwróciła jego uwagi. Otworzył okno naprężył się i skoczył głową w dół. Ustawił się tak, że fragment metalowego ogrodzenia prawie oderwał mu głowę. Kręgosłup rozerwał się w strzępy, organy wewnętrzne pod wpływem uderzenia pękły. Grzesiek niemal natychmiast zmarł.

Epilog
    Natalia stała przy grobie Grzegorza Tomaszewskiego. Na pogrzebie nie pojawił się nikt znajomy. Okazało się, że ten mężczyzna był najbardziej samotnym człowiekiem, jakiego znała. Płakała z tęsknoty za tym, co mogło się stać między nimi i z żalu, że zrobił to wszystko dla niej. Uratował ją, ale niestety za bardzo wysoką cenę. Cierpiałaby jeszcze bardziej, gdyby wiedziała, jak niewyobrażalna była to cena.
    Tydzień później Grzesiek obudził się w trumnie. Czuł się przeraźliwie źle.

czwartek, 11 listopada 2010

Słowem wstępu

Chciałbym publikować na tym blogu moją twórczość, ale także pisać ogólnie o literaturze. Cóż nie jestem dobry w tworzeniu blogów, chociaż to będzie chyba mój piąty. Zawsze umierały śmiercią naturalną. Może nim coś opublikuję, zareklamuję pewną akcję.

Zapraszam wszystkich, którzy tu wstąpią ;)
Czytanie jest bardzo trendy, a nawet sexy i jazzy ;)